Tekst: Jan Drzewny
Napisano w Warszawie w sierpniu i wrześniu 2021 r.
Materiały na ilustrację: StoryJumper
Czyta Jolanta Drzewna i autor
Opowiadanie zainspirowane maskotkami z włóczki, których zdjęcia usunięto ze względu na działalność pozartystyczną autorki

eksio, pies z wełny, szukał przygody,
Raduńskich Jezior poznając wody.
Szedł pagórkami, drogami, lasem.
Na noc, zmęczony, przystając czasem,
Dotarł po ciemku do wieży z drewna,
Niezamieszkanej ‒ rzecz to jest pewna.

Gdy rankiem wyszedł na wieży taras,
Wiatrak nad sobą zobaczył zaraz.
‒ Jestem we młynie, w pięknym ogrodzie,
Pomyślał Reksio, siedząc o głodzie.
Po stronie prawej ujrzał bociana,
Którego klekot słyszał od rana.
‒ Witaj młodzieńcze w Domu Bociana,
Powiedział bocian, wszyscy od rana
Bawią mych gości, a widzę z bliska,
Że się nadajesz do towarzystwa.
Tak dostał pracę Reksio od ręki,
Nie czuł już głodu czy innej męki.
Wcale nie chodził ‒ siedział na ławce
Lub pod wiatrakiem, bądź na huśtawce.
Siedział i drzemał, jak robią koty,
Ponieważ nie miał nic do roboty.
Rozmawiał chętnie o tym i owym,
Najczęściej z kotem posterunkowym.
Jak się dowiedział, w pracy kot bury
Odganiał wróble, myszy i szczury.
Tak ciężka służba daje powody
Do otrzymania mięsnej nagrody.
Od kotów silnych po słabeuszy,
Jadły szynkę, aż trzęsły się uszy.
Reksio pozował do zdjęć dla gości,
Za co dostawał resztki i kości.
Czasem napiwek skapnął, prezencik,
Dlatego miał pies do pracy chęci.
Siadał wśród kwiatów rosnących wkoło,
Witał się z ważką, motylem, pszczołą.
Codziennie chodził na brzeg sadzawki,
Rozmawiał z żabą, liczył pijawki.
Zawsze też pytał miejscową kaczkę
O jej kuzynkę, Kaczkę Dziwaczkę
‒ Bo ona wcale się nie upiekła,
Tylko nad rzeczkę szybko uciekła.
Deszczową porą w ogrodzie woda
– W takie dni, Reksio wchodził po schodach
Domu Bociana, wprost do świetlicy,
Gdzie były rzeczy z tej okolicy:
Dzbanki chmieleńskie, radia dwa dawne,
Wielkie walizy, zegary sprawne.
Pomiędzy nimi wygodnie siadał,
A gdy już siedział, to ciągle gadał.
Czy to do ściany, czy to do ludzi
‒ Reksia gadanie nigdy nie znudzi.
Więc, stuk-puk, dzyń-dzyń, mówił od rana,
Chmielno rok cały kwitnie na dzbanach!
‒ Zapraszam Państwa, w radiu punkt druga,
Będzie audycja, całkiem niedługa,
O tym, co w trawie piszczy i brzęczy,
I o tym, kto się zwieszał z poręczy.
Pluski z sadzawki, bociani klekot,
Wieści o kocie, co rozlał mleko!
Innym zaś razem, głosy ze świata,
W swoją audycję Reksio powplatał.
‒ Tiii-juuu, pokrętłem dźwięki nastawiał,
Żeby wysłuchać szumu z Wrocławia.
To znów zaburczał ‒ bur-bur i der-der,
W końcu obwieszczał: Sztime De-de-er.
To znów ukryty w pustej walizce,
Dźwięki podróżne udawał cichcem.
‒ Stuk-puk, kół stukot, zgrzyt hamowania,
I komunikat ‒ zakaz wsiadania!
Miejsca zajęte do samej Ustki,
Dalej już plaża, nadmorskie pustki!
Walizki Reksia tak rozrzewniły,
Że mu się nowe podróże śniły.
Nawet na jawie, wciąż o nich marzył,
Nie mógł odpędzić dziesiątków twarzy,
W liściach porzeczki, w chmurach na niebie,
Jakby był latem w Ustce lub Łebie.
Aby odetchnąć od tej pogoni,
Na starej Reksio siadał jabłoni.
Była pochyła, jakby leżała,
Mimo burz wielu, wciąż jednak trwała.
‒ Jabłka na drzewach, szumiała jabłoń,
Kto umie czekać, do stóp mu spadną.
Usiadł raz Reksio koło ukrytej
W trawie studzienki, z patyków zbitej.
Mówił do siebie, skarżąc się na to,
Że siedzi tutaj już całe lato,
Że nawet słynne kaszubskie krówki
Mu nie osłodzą braku wędrówki.
Nagle, studzienka cała zadrżała,
Po czym ropucha się ukazała.
Rzekła do Reksia ‒ jestem księżniczką,
W ten kształt zaklętą Matyldą śliczną.
Zabierz mnie w drogę, poznaj mnie z księciem,
Co pocałunkiem zdejmie zaklęcie.
Do drogi Reksio wnet się zapalił:
Zbudował tratwę, nią uciekali
Hen, na jezioro, i dalej z prądem
Na drugie, trzecie, przeszli na piąte.
A z niego rzeczką płynęli dalej,
Aż morskie z wydmy ujrzeli fale.
Na plaży kładli się ludzie w słońcu,
Mrowie ich było, lecz koniec końców,
Pyta Matylda ‒ gdzież on się schował?
Koronowana która jest głowa?
Odrzekło morze ‒ książąt jak z bajek
Mają już tylko zamorskie kraje.
Matylda z Reksiem poszli do portu,
By wybrać sobie środek transportu.
Żadne z nich przecież się nie wahało,
Płynąć do państwa, co książąt miało.
Jak jednak wkrótce się dowiedzieli,
W porcie za morze pływać nie chcieli.
Dopomógł parze burmistrz ustecki,
Który w muzeum trzymał stateczki,
Modele kutrów ze stoczni dawnej
‒ Darując jeden Matyldzie sławnej.
Morze przyjęło ich ciche, bez fal.
Matylda z Reksiem odpłynęli w dal.
Stateczek płynął dwa dni wytrwale,
Aż wiatr na morzu utworzył fale.
Statek się kręcił, przewracał, wstawał.
I gdy już oznak życia nie dawał,
Osiadł o świcie w piasku na brzegu,
Sześć kilometrów od Kołobrzegu.
Z wraku wywlekli się rozbitkowie,
Mokrzy, zziębnięci. Guzy na głowie
Miał Reksio, łkała w jego objęciach
Matylda, że już nie pozna księcia.
I wtedy Reksio ją pocałował:
Możemy zacząć wszystko od nowa.
Wdzięczna Matylda pocałowała
Reksia, i nagle rzecz ta się stała:
Na plaży byli książę z księżniczką,
Odczarowani siłą magiczną
Swych pocałunków. Ściskali dłonie,
Gdy słońce wstało na nieboskłonie.
Choć nie znaleźli nigdzie uznania
Ich praw książęcych do panowania,
Mieszkać musieli kątem u ludzi,
W pracy musieli nieraz się trudzić,
To mieli razem czworo dzieciątek,
Na zamkach z piasku małych książątek.
KONIEC












- Full access to our public library
- Save favorite books
- Interact with authors

- < BEGINNING
- END >
-
DOWNLOAD
-
LIKE
-
COMMENT()
-
SHARE
-
SAVE
-
BUY THIS BOOK
(from $14.99+) -
BUY THIS BOOK
(from $14.99+) - DOWNLOAD
- LIKE
- COMMENT ()
- SHARE
- SAVE
- Report
-
BUY
-
LIKE
-
COMMENT()
-
SHARE
- Excessive Violence
- Harassment
- Offensive Pictures
- Spelling & Grammar Errors
- Unfinished
- Other Problem

COMMENTS
Click 'X' to report any negative comments. Thanks!