Dedykuję tę książkę wszystkim osobom, które, tak jak moja siostra Ania, posiadają
swojego czworonożnego przyjaciela.
This book was created and published on StoryJumper™
©2010 StoryJumper, Inc. All rights reserved.
Publish your own children's book:
www.storyjumper.com


Rozdział 1
To ja
Mam cztery lata, lecz nie jestem już dzieckiem. Mieszkam w Witoszowie. To
taka nieduża wieś niedaleko Świdnicy, ale za to bardzo długa. Prawie
godzinę zajmuje mi przedostanie się spokojnym truchcikiem z jednego jej
końca na drugi. Rzadko zdobywam się na takie dalekie wyprawy, ponieważ
mój pan bardzo tego nie lubi. Ciągle powtarza, że może potrącić mnie
samochód albo że mogę spotkać jakiegoś niesympatycznego
czworonożnego rozbójnika. Ja jednak jestem sprytna. Rozbójników się
nie boję. Biegam zawsze chodnikiem. Gdy chcę przejść na drugą
stronę ulicy, to uważnie się rozglądam i sprawdzam, czy nie zbliża się
samochód. Jak już wspomniałam, staram się nie oddalać od domu. Nie
myślcie sobie, że mi się nudzi! Mam bardzo ciekawych sąsiadów. Moim
najlepszym kumplem jest Maks. Zdarza się, że na wesołej zabawie
spędzamy razem cały dzień. Biegamy po polach i łąkach, bawiąc się w
„ugryź mój ogon” – to taka odmiana berka, kopiemy też dziury w ziemi,
szukając skarbów, zanurzamy nosy w kałużach, łapiemy muchy.

enter text here



Ale zaraz, ja chyba się nie przedstawiłam, choć powinnam zrobić to na samym
początku mojej opowieści. Takie są przecież zasady. Tak mówi mój pan. Jeśli z
kimś zaczynamy rozmawiać, a spotykamy go po raz pierwszy, to zawsze się
przedstawiamy. Już się poprawiam: mam na imię Myszka. O nie, nie mam nic
wspólnego z tymi małymi stworzeniami mieszkającymi w norkach na polach.
Jestem kundelkiem. Psem co prawda nie rasowym, ale nie znaczy, że gorszym.
Straszny ze mnie spryciarz. Tak mówi mój pan. I ma rację, bo ja potrafię robić
różne sztuczki. Umiem złapać piłkę w locie, skakać na trampolinie i znakomicie
bawić się w chowanego. I niczego się nie boję. Nie jestem zbyt wysoka ani zbyt
niska. Taka w sam raz. Moja sierść jest bardzo jasna, ale nie biała. Mam też dość
długi i bardzo czujny nos. Moje uszy sterczą do góry. Podobno są takie jak u
owczarków niemieckich, a to przecież najszlachetniejsze psy. Mam więc bardzo
szlachetne uszy. Ogon przeważnie trzymam w górze. Podwijam go pod siebie
spradycznie- tylko wtedy, gdy bardzo się boję. Moje nogi są smukłe i
wytrzymałe. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek były zmęczone i aby ktokolwiek
mnie wyprzedził. Teraz już mnie znacie. To ja: Myszka- najszczęśliwszy wiejski
kundelek z wielkim charakterem.



Rozdział 2
Podróż
Mój dom znajduje się w Witoszowie, ale nie zawsze tak było. O tym, jak się tu
znalazłam, jeszcze wam nie opowiadałam, a to historia z prawdziwym
dreszczykiem. Do mojego wspaniałego pana trafiłam zupełnie przez przypadek.
Jako kilkutygodniowy szczeniak, odbyłam długą i niebezpieczną podróż autem. O
psie podróżującym koleją wszyscy już słyszeli, ale o istnieniu psa
samochodowego nikt nie ma pojęcia. A było to tak... Z czasów, kiedy miałam
kilka tygodni, pamiętam niewiele. Jedno wspomnienie utkwiło jednak głęboko w
mojej głowie: kogut, który bardzo mnie prześladował. Uwziął się na mnie od
naszego pierwszego spotkania, od dnia, gdy odważyłam się opuścić budę mojej
mamy. Pamiętam, ale już słabo, podwórko całe wysypane drobnymi i ostrymi
kamyczkami, które raniły moje szczenięce łapki. Na środku placu rosło drzewo.
W jego cieniu moja mama lubiła schronić się przed upałem. Przy mamie czułam
się bezpieczna. Ale wystarczyło tylko, że oddaliłam się od niej kawałeczek, a już
ten wstrętny kogut dopadał mnie! Usiłowałam uciekać, najczęściej jednak
przegrywałam, ponieważ moje nogi nie były tak sprawne jak teraz, a to
ptaszysko biegało jak błyskawica, pomagając sobie przy tym skrzydłami.

Finał gonitwy wyglądał tak: kogut siedzący na moim grzbiecie,
dziobie moje uszy, robiąc przy tym ogromny rwetes. Oj, nie były
to przyjemne chwile. Nie potrafiłam wtedy szczekać. Starałam się
więc jak najgłośniej piszczeć. Wówczas moja mama przychodziła mi
z odsieczą. Tak naprawdę to wcale nie ruszała się z miejsca.
Wystarczyło tylko jedno warknięcie, a tchórzliwy ptak uciekał, aż się
kurzyło. Pewnego popołudnia mama nie zareagowała na moje wołanie. Nie
wiem, czy spała wyjątkowo twardym snem, czy może źle się czuła.
Zrozumiałam, że jeśli sama sobie z kogutem nie poradzę, to ten hultaj gotów mi
wyskubać całe futro.


Zauważyłam samochód gospodarza. Był blisko, kilka kroków ode mnie.
Wiedziałam, że pojazdy używane przez ludzi bywają niebezpieczne, ale ten stał
bez ruchu, był zimny i milczący. Powoli pełzłam w jego stronę z zamiarem
schowania się pod nim. Centymetr po centymetrze, z kogutem na grzbiecie,
przesuwałam się w kierunku schronienia. Do przodu i do przodu, nie
zauważyłam, gdy pozbyłam się intruza. Byłam już bezpieczna pod autem.
Jeszcze trochę, dla pewności, kilka kroków w górę, gdzie zobaczyłam
zachęcająco wyglądający zakamarek. Udało się . Poczekałam godzinkę, i jeszcze
kwadrans, aby upewnić się, że jestem bezpieczna. Zaczęło się ściemniać, gdy
postanowiłam opuścić kryjówkę. Ale wtedy odkryłam coś bardzo złego. Moja
tylna łapa zakleszczyła się tak, że nie mogłam jej uwolnić. Starałam się ze
wszystkich sił. Nie dałam rady. Chciałam piszczeć, ale bałam się i koguta, i kary
od mamy za oddalanie się bez jej zgody.
Czekałam. Nie wiem, jak długo. Po pewnym czasie usłyszałam kroki, trzaśnięcie
drzwi. Pojazd zatrzeszczał. Silnik ożył. Samochód ruszył, a ja razem z nim
uwięziona w pułapce.
Auto jechało coraz szybciej, hałas przybierał na sile, pęd wiatru zatykał mi uszy i
zamykał oczy. Marzłam. Kilka razy rozpędzony samochód wjeżdżał w dziury
wypełnione wodą. Wkrótce moje futerko przemokło i zaczęłam nieprzyjemnie
pachnieć.

Wstrząsy nasiliły ból łapy- stał się nie do wytrzymania. Marzyłam tylko o końcu
tej podróży. Marzyłam o dziobiącym kogucie i o złości mojej mamy. Wtedy
wydawało mi się, że ta jazda nie ma końca.
W pewnej chwili samochód jednak się zatrzymał. Wiedziałam już, że nie jestem
na swoim podwórku. Nie słyszałam znajomych odgłosów, nie czułam nic. Nie
było szczekania mamy, nie było kroków koguta. Cisza. Po jakimś czasie
spróbowałam się uwolnić. Bezskutecznie. Łapka była całkowicie unieruchomiona.
Utknęłam na dobre. Wpadłam jak śliwka w kompot. Tak kiedyś powiedział pod
nosem mój pan, gdy jechaliśmy bez zapiętych pasów, a zatrzymała nas policja.
Było z tym potem trochę kłopotów. Teraz ta śliwka to oczywiście ja. Naprawdę
nie było mi wesoło. Zostałam sama. Traciłam czucie w łapkach. Z trudem
łapałam oddech. Byłam usmarowana jakąś mazią od ogonka po nosek. A mój
zapach... Ble! To mieszanina spalin, potu, brudnej wody, no i strachu. Zapach
strachu! Znałam go doskonale, tak jak mysz zapędzona w kąt przez burego kota,
dżdżownica wyciągnięta z ziemi przez zgłodniałą kurę albo mucha złapana w
pajęczą sieć. Bardzo się bałam. Nigdy wcześniej nie byłam tak długo sama. Raz
wpadłam do pustej beczki po wodzie, ale nawet tam mama znalazła mnie bez
wysiłku. A tu?

Byłam sama jak palec. Musiałam wezwać pomoc. Pisnęłam. Miałam wrażenie, że
bardzo donośnie, ale mój pan powiedział później, że spod samochodu dobiegały
jedynie cichutkie skomlenia. A ja przecież piszczałam, ile sił w moich
szczenięcych płucach, mając nadzieję, że ktoś mnie w końcu usłyszy.

You've previewed 10 of 16 pages.
To read more:
Click Sign Up (Free)- Full access to our public library
- Save favorite books
- Interact with authors

- < BEGINNING
- END >
-
DOWNLOAD
-
LIKE(4)
-
COMMENT()
-
SHARE
-
SAVE
- DOWNLOAD
- LIKE (4)
- COMMENT ()
- SHARE
- SAVE
- Report
-
LIKE(4)
-
COMMENT()
-
SHARE
- Excessive Violence
- Harassment
- Offensive Pictures
- Spelling & Grammar Errors
- Unfinished
- Other Problem

COMMENTS
Click 'X' to report any negative comments. Thanks!