
Opowiadanie pragnę zadedykować Pani Romanie Broniewskiej, która jest motywacją dla mojej wyobraźni oraz mojej Kuzynce Natalii, która była moją inspiracją.

,,Dziennik N”- znalazłem go leżącego samotnie na ławce w Krakowskim Parku Jordana. Szary tłum mijał go obojętnie. Sam nie wiem czemu tak przyciągnął moją uwagę. Z pozoru zwykły zeszyt odziany w znoszoną już jasną, skórzaną okładkę. I jeszcze to wielkie, czarne niewiadome ,,N”. Nie rozumiem tej tajemniczości. Przecież w dzisiejszych czasach człowiek stara się jak może by być rozpoznawalny, a przy tym zgrzeszyć trochę oryginalnością do tego stopnia, że wszyscy tacy są, a jak wszyscy są niekonwencjonalni, to nikt nie jest prawda?
Usiadłem na ławce naprzeciwko wielkiego dębu. Jego bogata korona kołysała się na spokojnym wiosennym wietrze. Otworzyłem dziennik na pierwszej stronie. Nic. Przerzuciłem kilka kartek i ujrzałem pustkę rozciągającą się na pożółkłych kartkach.
Dziwne, zeszyt wyglądał jakby był codziennie używany, przestawiany z biurka na półkę, przerzucany z torby do plecaka, a jednak był pusty. Przekartkowałem go raz jeszcze, lecz nie osiągnąłem żadnych rezultatów. Zdezorientowany odłożyłem dziennik na ławkę i uniosłem twarz ku słońcu. Złocisty przyjaciel swymi promieniami życzliwie muskał mi twarz, byłem mu wdzięczny, że lubi dodawać mi otuchy. Zawsze tak było, może dlatego moja karnacja jest taka złocisto ciemna. Nagle poczułem dziwny dreszcz, który niepostrzeżenie przebiegł mi po plecach. Słońce zasłoniły ciemne chmury. Delikatny wietrzyk zmienił się w wietrzysko, które nie było już moim bratem. Nieprzyjaciel zaczął z nieprzyjemnym świstem przewracać kartki dziennika. I wtem wszystko ustało. Ludzie nadal przechadzali się alejkami parku, dzieciaki bawiły się w chowanego, wszyscy zachowywali się jakby nic się nie wydarzyło.
Spojrzałem na dziennik i aż podskoczyłem, gdy ujrzałem drukowane litery na jego setnej stronie . Normalnym gestem, nie wzbudzającym żadnych podejrzeń wziąłem go do ręki. W środku aż wrzałem z podekscytowania i ciekawości. Powoli, jakbym wracał do zwyczajnej lektury, przeniosłem wzrok na pergamin. Pierwsze zdanie było tak jakby urwane:.. był pogodny. Słońce mrugało łagodnie pozdrawiając jej kasztanowe loki. Jej uśmiech szeroki był bardziej promienny od słońca, lecz jej oczy na wpół zmartwione, w połowie rozbudzone, badały okoliczne drzewa i krzewy w poszukiwaniu jednej, tak ważnej dla niej, osoby. Jej długi do kolan, wełniany, zielony sweter podrygiwał na wiosennym wietrze. Poczułem się dziwnie, jakbym gdzieś kiedyś widział opisywaną dziewczynę... Uniosłem oczy znad książki, oczy idealnie zatrzymały się na młodej kobiecie siedzącej na ławce naprzeciwko mnie
Wpatrywała się we mnie intensywnie. W jej niebieskich oczach było widać nadzieję, ale i zdecydowanie. Cała emanowała spokojem i pewnością siebie, a jej uśmiech, choć pozornie niepewny, nie schodził jej z twarzy. Zamarłem zobaczywszy jej sweter khaki okrywający jej wspaniałą szczupłą sylwetkę. Niezwykłe było też to, że nawet włosy wyobraziłem sobie takie same- kasztanowe, lekko złociste na końcach rozjaśnionych przez słońce. Szybko opuściłem wzrok w dół. Na papierze pojawił się dialog którego wcześniej tam nie było:
-Tylko raz przejdę tą drogą. Dlatego jeśli mogę zrobić coś dobrego lub okazać uprzejmość, muszę to zrobić teraz. Nie mogę tego odkładać, lub zaniedbywać, bo już nigdy nie przejdę tą samą drogą... - rzekła uśmiechając się nieprzyzwoicie pewnie. Nagle na kartkę padł cień. Uniosłem oczy ku górze gdzie spotkały się z oczami nieznajomej:
-Tylko raz przejdę tą drogą. Dlatego jeśli mogę zrobić coś dobrego lub okazać uprzejmość, muszę to zrobić teraz. Nie mogę tego odkładać, lub zaniedbywać, bo już nigdy nie przejdę tą samą drogą- powiedziała uśmiechając się szczerze, a mój wzrok zatrzymał się na uroczych zmarszczkach w kącikach jej zachwycających oczu.
-Proszę?- wymamrotałem, oszołomiony, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
-Nie czytałeś ,, Kropki” W. Markowicza? - zaśmiała się delikatnie marszcząc nos. Nie wiedząc co zrobić, spojrzałem w dół na dziennik. Miałem wrażenie, że to jakiś sen, w dzienniku pojawiły się kolejne słowa:
-Proszę?- chłopak wydukał, wpatrując się zahipnotyzowany w ucieleśnienie piękna i wdzięku. Zwrócił uwagę na jej oczy, które były niczym ocean. Popatrz marynarzu tamtędy płynący jak fala oblewa jej czarne źrenice.
Uparcie wpatrywałem się w dziennik, aż nowe słowa objawią mi, co mam powiedzieć, lecz nic się takiego nie stało, a ona dalej nade mną stała czekając na odpowiedź. Na jej zgrabnej twarzy nie było widać cienia zażenowania. Czemu ta dziewczyna zachowywała się, jakby mnie znała. Musiałem wziąć się w garść i przestać patrzeć się na jej długie rzęsy osłonięte granatowymi okularami. Nie podobały mi się, tak jak to, że dziewczyna emanuje siłą i zdecydowaniem; zaczęło mnie to przytłaczać. Zebrałem resztki godności, spojrzałem twardo w jej oczy :
-Znamy się?- nie chciałem, żeby zabrzmiało to aż tak ostro, ale nie mogłem powstrzymać swojej dumy. Ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej jakbym opowiedział uroczy dowcip. Kiedy już miała coś odpowiedzieć zerwał się porywisty wiatr.
Przez twarz dziewczyny przeszedł cień zaniepokojenia. Jej wzrok zatrzymał się na dwóch zwyczajnie wyglądających mężczyznach pracujących w straży miejskiej. Bywali w parku co każdy czwartek często pilnując porządku, lecz coś w wyrazie twarzy nieznajomej kazało mi przyjrzeć się im dokładniej. ,,Wielkie nieba”- pomyślałem, “Na pewno mam przywidzenia”. W normalnym dla oka spojrzeniu mundurowi byli pogodnymi facetami, ale gdy spojrzałem na nich pod odpowiednim kątem, słońce pokazało mi ich w prawdziwym świetle. Zmrużyłem oczy. Mężczyźni mieli na sobie dopasowane czarne jak smoła garnitury, przy uszach słuchawki, oczy zasłaniały im czarne przeciwsłoneczne okulary. Na środku strony zeszytu pojawił się napis ,, Najciemniej pod latarnią”. Spojrzałem przerażony na dziewczynę, lecz nigdzie jej nie było, zniknęła, rozpłynęła się, jak leśna mgła.
W tej chwili zacząłem się zastanawiać, co bardziej mnie niepokoi, to, że nieznajoma się rozpłynęła, czy to, że faceci w czerni podążali w moją stronę.
Wstałem i jak zwykły spacerowicz udałem się w stronę wejścia do parku mocno ściskając dziennik i pogwizdując nerwowo. Gdy mężczyźni mnie mijali wyglądali normalnie. Pogodnie, z krzywo nałożonymi czapkami, nawet pozdrowili mnie skinieniem głowy i nieśmiałym uśmiechem. Zacząłem na poważnie zastanawiać się nad swoim zdrowiem, ale miałem przecież nadal dziennik, to znaczyło, że on istnieje, a ja niczego sobie nie wymyśliłem. Otworzyłem go pośpiesznie na setnej stronie. Nie rozumiem siły rozczarowania. Skąd ona się bierze i to z taką siłą? Strony były puste.
Przez ostatni tydzień mój umysł zajmowała tylko Ona, czyż to nie jest samolubne z jej strony?. Od tego dziwnego dnia ani razu jej nie spotkałem. Dziś znowu przyszedłem do parku. Dziennik niczym nie emanował i byłem coraz bardziej pewny swojej głupoty powstałej ,sam nie wiem- ze zmęczenia?
Nucąc pod nosem otworzyłem zeszyt. Miałem go coraz bardziej dość tak jak pięknej dziewczyny, jej śmiejące się oczy chodziły za mną wszędzie. W prawą dłoń ująłem pióro i wyzwałem dziennik na pojedynek. W chwili gdy pierwszy kleks opadł na pergamin świat zamigotał. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Mógłbym przysiąc, że pamiętałem jak atrament z chlustem zderzył się z kartką. Zapadła ciemność, wraz z nią nastała głucha cisza. Słyszałem tylko swój niespokojny, płytki oddech. Nagle wszystko przyśpieszyło i zanim się obejrzałem dziewczyna ciągnęła mnie za rękę
mamrocząc, że park nie jest już bezpieczny.
Biegliśmy jakby się paliło. Ludzie rozchodzili się na boki dziwiąc się czemu para młodych ludzi pędzi tak, że się za nimi kurzy. Nagle ich zobaczyłem. Mężczyźni szli na nas i mimo, że wyglądali, jakby się nie spieszyli, byli coraz bliżej. Dziewczyna nagle się zatrzymała. Dotarło do mnie, że nie mamy gdzie uciec. Staliśmy pod wysokim jak dąb żelaznym ogrodzeniem. Dziewczyna spojrzała na mnie, a jej niebieskie jak niebo oczy zamigotały niebezpiecznie.
-To nie mamy innej opcji- powiedziała marszcząc czoło, po czym się odwróciła i zaczęła wspinać się po ciemnozielonej kracie.
-Co ty robisz?- odparłem zaskoczony - spadniesz !
-Ja nie dam rady?- przerzuciwszy nogę przez ogrodzenie dodała- chodź, chyba nie chcesz zostać w tyle ? - zaśmiała się, jakby sobie o czymś
przypomniała - przecież wiem,że masz żelazne uda.
-Proszę?- teraz to byłem zupełnie zdezorientowany, przyśpieszyłem i zeskoczyłem zwinnym ruchem na drugą stronę tuż obok niej. Wzrostem sięgała mi niewiele nad łokieć. Zastanawiałem się jak ktoś taki niski może być tak bezczelnie pewnym siebie.
Szybkim krokiem oddaliliśmy się od parku i skręciliśmy w pierwszą uliczkę w prawo. To był zły pomysł, z listy ,,Nie rób tego nigdy więcej”, bo zza rogu wyskoczyła kolejna dwójka nieproszonych gości. Pierwszy mężczyzna o gęstych blond włosach złapał dziewczynę za nadgarstek, lecz ta nie dając mu ani chwili na przystąpienie do kolejnego kroku okręciła się pod jego ramieniem wykręcając mu ramię do tyłu. Byłem zapatrzony w jej siłę i spryt.
Przeklinałem siebie za to w duchu, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Spojrzała w moją stronę:
-Rowan !- krzyknęła, a ja w porę zdążyłem się odwrócić i uniknąć ciosu wymierzonego przez bruneta mojego wzrostu. Odskoczyłem w bok i przyłożyłem kolanem w żołądek odważniaka. Nagle usłyszałem krzyk dziewczyny, która próbowała uwolnić się z zaciskających się na niej objęciach mięśniaka. Była przy nim jak kura przy lisie i nic nie mogła na to poradzić. Popełniłem błąd, nie zauważyłem, kiedy facet, którego znokautowałem, wyprostował się. Ostatnie, co pamiętam, to silny ból z tyłu głowy i piosenkę. Nie mam pojęcia, dlaczego w momencie tracenia świadomości pojawiła się w mojej głowie:
- Full access to our public library
- Save favorite books
- Interact with authors


- < BEGINNING
- END >
-
DOWNLOAD
-
LIKE(1)
-
COMMENT()
-
SHARE
-
SAVE
-
BUY THIS BOOK
(from $3.99+) -
BUY THIS BOOK
(from $3.99+) - DOWNLOAD
- LIKE (1)
- COMMENT ()
- SHARE
- SAVE
- Report
-
BUY
-
LIKE(1)
-
COMMENT()
-
SHARE
- Excessive Violence
- Harassment
- Offensive Pictures
- Spelling & Grammar Errors
- Unfinished
- Other Problem

COMMENTS
Click 'X' to report any negative comments. Thanks!