Zebrane tu wiersze utworzono z fragmentów dotychczasowych moich wierszy, które w całości nie wyglądałyby tak samo.
Jan Drzewny
Warszawa, marzec 2020 r.

Nad morzem
Tłumy w kurorcie,
na Bałtyku sztorm.
Statki tkwią w porcie,
w morzu – wykwit form.
Na promenadzie
ludzi bierze ziąb.
Fale wiatr kładzie
w mokrej plaży głąb.
Wziął bezpowrotnie
drzewa, ziemię, dom.
Wali stukrotnie
masą setek ton.
Dawniej – wojenny
spadł na kurort grom
i sztorm plemienny:
każdy stracił dom.
Kobiety, dzieci –
sztorm nie dba o sąd,
wszystkich „jak leci”
powymiatał stąd.
A nim sztorm uszedł,
śpiewał piosnkę tę:
„Proletariusze
krajów, dzielcie się!”

Swornegace
Jeśliś nie w temacie
wioski Swornegacie,
myślisz, mój kamracie,
że chodzi o gacie.
Jakieś pantalonki
obszyte w koronki,
wiązane w postronki,
dobre na korzonki.
Lecz to błąd jest gruby,
bo tu są Kaszuby
i twoje rachuby
nie przetrwają próby.
Gacie są od gacić:
brzeg wzmacniać, nie tracić
nadbrzeżnych połaci,
gdzie chałupy braci.
Sworne to plecenia
ze sosny korzenia,
znane z przeznaczenia
do brzegów gacenia.
Dziś Kaszubi, panie,
mają za zadanie
języka wzmacnianie
przed brzegów zalaniem.

Wszystko płynie
Uczony Heraklit w Efezie
nie wiedział, na Olimp kto wlezie
lat później dwa i pół tysiąca,
lecz wiedział, że bogów postrąca
nurt dziejów, bo wszystko wciąż płynie,
na morzach i w każdej krainie.
Na darmo z Efezu wygnali
strażnicy religii wytrwali
śmiałego tej prawdy autora:
na bogów też miała przyjść pora,
choć nie tak od razu. Powoli
stał bajką się zwykłą ich Olimp.
Gdzie podział się Zeus na tronie?
Do kogo składają dziś dłonie
w świątyniach wierzący w mit boski?
Do kogo zanoszą swe troski?
Wzgardzony Apollo, Atena,
i reszty kompanii też nie ma.
Na wsi
Stoję na sarkofagu w dzień sierpniowy.
Ostre tu w beton wbite są kamienie.
Świadczą, że był masowy mord taśmowy,
Za samo złe, żydowskie pochodzenie.
Martwy jest beton, martwe tkwią kamienie,
Prochy też martwo leżą pod przykryciem,
Jednak gdy zejdziesz na żwir, łąk przestrzenie,
Łąka pod stopami aż tętni życiem.
Kłębią się polne skoczki pod nogami,
Kwiaty wciąż kwitną, trawy tak zielone...
Aż tu znów jestem sam na sam z głazami,
Idę w grób przeogromny pod betonem.
Wielki głaz czworoboczny zwłok ściśniętych
Ludzi tu uduszonych tkwi w pół drogi.
Blok pod nim z góry na dół jest pęknięty,
Wciąż drga w nim mordowanych jęk złowrogi.
Przy stajence
W kryjówce pod gnojem
Żył stwór wielogłowy,
Co uciekł przed gojem,
Na śmierć nie gotowy.
I spłodził dziecinę
Ten stwór wielogłowy,
I zabił niewinne,
Na śmierć nie gotowy.
Niech usta nie krzyczą,
Na ból gryź tampony,
Źli nic nie usłyszą,
Bo już uduszone.
A zwłoki dziecięce
Ten stwór wielogłowy
W ów gnój przy stajence
Na niby pochował.
Za granicą
Gablota na palach przy plaży
‒ Tu trzeba coś zjeść lub się napić,
Lecz można otrzymać tu azyl,
Za który nie musisz zapłacić.
Gablota za morską rubieżą,
Z widokiem na bezkres wód słonych,
Co dumną, wyniosłą jest wieżą,
Nad poziom bałwanów spienionych.
W wąwozie
Przechodziłem wąwozem zielonym
Pod ogromnym niebem rozświetlonym.
Depcząc trawę wysoką i kwiaty
Niczym robak w nowe lazłem światy,
Znaczone nieznanymi drzewami,
Zawieszonymi w ciszy nad nami.
Wtedy coś pękło i jękło w smutku,
W zaświaty odeszło po cichutku.
W pokoju
Zbudowałem pokój na wysokiej skale,
Kamienne ma ściany i takież sklepienie;
Stoję pod nim, niżej huczą morskie fale,
I światło ze wschodu wypełnia przestrzenie.
Zbudowałem pokój, gdzie fabryczne hale,
Z metalu w nim ramy, dokoła oszklenie;
W tym pokoju płynę przez podróżne dale,
We wnętrzu mam wszystkie jasności i cienie.
Zburzyłem, com stworzył, na zimno i w szale,
I nie ma pokoju, jest tylko szaleniec;
Bezdomność wędrowca nie wadzi mi wcale,
Ja w oczach mych chowam jasności i cienie.

Nad rzeką
Odnogą szosy krótką
Ulica Nadpiliczna
Wije się kostką gładką:
Na spacer trasa śliczna.
Z wysokich schodząc sosen,
Na dole, gdzie ogrody,
Przez łąkę brodzisz skosem
Nad rzeki wartkie wody.
Albo na most się wspinasz
Długaśny przez Pilicę.
Widoki stąd oglądasz
Na leśną okolicę.
Co rusz ty kreaturkę
Na drodze swej spotykasz:
To żabkę, to jaszczurkę
Lub polnego konika.
Żywe barwy maluje
Kwiatów paleta liczna,
Moc skarbów obiecuje
Ulica Nadpiliczna.

W autobusie
Ram, tam, tam,
ram, tam, tam,
w autobusie
sobie siedzą,
piją, jedzą, mniam, am, am!
Mniam, am, am,
mniam, am, am,
sera gouda
spróbujemy,
przywieziemy,
‒ ja też mam!
Ja też mam,
ja też mam,
miłą fotkę
pośród gości
w miejscowości
Amsterdam!
- Full access to our public library
- Save favorite books
- Interact with authors

- < BEGINNING
- END >
-
DOWNLOAD
-
LIKE
-
COMMENT()
-
SHARE
-
SAVE
-
BUY THIS BOOK
(from $7.79+) -
BUY THIS BOOK
(from $7.79+) - DOWNLOAD
- LIKE
- COMMENT ()
- SHARE
- SAVE
- Report
-
BUY
-
LIKE
-
COMMENT()
-
SHARE
- Excessive Violence
- Harassment
- Offensive Pictures
- Spelling & Grammar Errors
- Unfinished
- Other Problem

COMMENTS
Click 'X' to report any negative comments. Thanks!